Cecilia Woloch
POEMS
"History"

To be kept alive by as human a thing as desire. The smell of fresh candles and soap on my hands. People I love are getting old and no one can die for them, no one can help.
I send my prayers out over the lawn chairs, empty of bodies, tonight, in the yard; the moon hanging low. My sister asleep in a motel room by the ocean. Who wonders about our tilted eyes and the mysteries of our father. Why our uncle changed his name, whose name that was (black sheep, sweet fox). And who murdered our father's mother or did she finally murder herself? The sleeping pills, the guns, the bath tub gin, the Tarot cards. Her handsome sons locked up in prisons. And who our father's father was. And why our mother's mother died so young with jaundiced eyes. The gangster Christmases, the neighbor in her black slip at the door, who tried to bet her shoes, her husband's shoes. Which we have all been guilty of. Our grandfather the white tree giving up his mandolin. These secrets rising to the surface to be known and known again.
Getting to the heart of things, where my hand is most afraid. Slicing melon or opening letters; drawing the smoke of the incense in clockwise circles in front of my belly. We come from a long line of fortune tellers, of dreamers of cigarettes, of blue-eyed outlaws and women and men who danced on the slow, dark porch of a big white house that was never asleep. Who rock the bed with impossible love and make their children frightened and sick as we listen between them to the walls. Old and unbroken as they are, still flaunting their scars in the lopsided rooms where all war comes down to this meager breakfast: our history.
Where I fall in the family tree and hang, as a girl, upside down in the branches. All night with my arms in their sockets, dreaming the long Carpathian dreams. My grandmother singing and working the cards. My grandmother yellow with grief. My sister whose fingers turn white from the solemn guitar. That slow, that deep. Gypsies and makers of doorways.
There is nothing to keep us from throwing ourselves on the mercy of death but desire.
"Historia"

Być trzymaną przy życiu przez rzecz tak ludzką jak pożądanie. Zapach świeżych świec i mydła na mych rękach. Ludzie, których znam, starzeją się i nikt nie może dla nich umrzeć, nikt nie może im pomóc.
Posyłam swoje modlitwy przez składane foteliki, bez ciał, dziś w nocy, na ogrodzie. Moja siostra śpi w pokoju hotelowym nad oceanem. Kto jest ciekaw naszych skośnych oczu i tajemnic naszego ojca. Dlaczego nasz wuj zmienił swoje nazwisko, czyje to było nazwisko (czarna owca, chytry lis). I kto zamordował matkę naszego ojca, a może ona w końcu zamordowała się sama? Tabletki nasenne, karabiny, dżin w wannie, karty do tarota. Jej przystojni synowie zamknięci w więzieniu. I kto był ojcem naszego ojca. I dlaczego matka naszej matki umarła tak młodo z pożółkłymi oczami. Gangsterskie Boże Narodzenia, sąsiadka w swojej czarnej bieliznie u drzwi, próbując zakładać się o buty, buty swego męża. Czemu my wszyscy byliśmy winni. Nasz dziadek białe drzewo oddający swoją mandolinę. Te tajemnice wychodzą na powierzchnię aby je znowu i znowu poznawać.
Dochodzenie do sedna rzeczy, to gdzie moja ręka najbardziej się niepokoi. Krojenie melona lub otwieranie listów; rysowanie dymem z kadzidła kółek zgodnie z ruchem wskazówek przed moim brzuchem. Pochodzimy od długiej linii wróżbitów, marzycieli papierosów, niebieskookich przestępców oraz kobiet i mężczyzn, którzy tańczyli na wolnym, ciemnym ganku dużego, białego domu, który nigdy nie zasypiał. Kto kołysał łóżko z niemożliwą miłością i przestraszał dzieci i czynił je chorymi, gdy wsłuchujemy się między nimi w ścianę. Starzy i niezłomni, jakimi są, wciąż afiszujący się swymi bliznami w pokrzywionych pokojach, gdzie każda wojna sprowadza się do tego skromnego śniadania: naszej historii.
Gdzie wpadam w rodzinne drzewo i wiszę, jako dziewczyna, do góry nogami na gałęziach. Przez całą noc, ze swymi ramionami w ich stawach, śniąc długie karpackie sny. Moja babka śpiewa i układa karty. Moja babka jest żółta ze zmartwienia. Moja siostra, której palce robią się białe od uroczystej gitary. Tak powoli, tak dogłębnie. Cyganie i wytwórcy bram.
Nic nie jest w stanie powstrzymać nas przed rzuceniem się na pastwę śmierci poza pragnieniem.
"From Tsigan: The Gypsy Poem"

"I go where I love
and where I am loved
into the snow

I go where I love
and where I am loved
with no thought
of duty or pity".
                            - H.D.

Twilight: moving east
en route to Krosno, moving south
toward that corner of the map
where Poland, Ukraine, Slovakia touch -
the upper curve of the crescent moon
of the northernmost Carpathians.
(The Lemki, Wallachians - nomads -
followed the curve of this crescent, travelled
the peaks from Romania, never descending
into the valleys - notorious tribes.)
Alone on a train on my way to friends
who've written: maybe we can find
your grandmother's village; maybe it's here
.
(Shift the old borders, shift a few letters
of the name of the town one great-uncle remembered -
but why would you want to go there?)
Pressing my face against the window, facing
backwards (to see where we've been);
the stations we pass becoming less
and less like stations as we pass:
gray concrete giving way to shacks
beside the tracks, then weed-choked lots
then just a rusted sign, a bench -
(Will I know where to step off the train
in the dark? How will I know where I am?
)
Eight hours from Warsaw the vestibule reeks
of cold wind, piss, the screech of wheels.
Young soldiers, drunk, lurch arm-in-arm
down the narrow passageways, stagger
on and off the train, their voices raised
in brazen song - but what are they singing?
Where are we now?

No common language: the other passengers
(fewer and fewer the further we go) murmur
in Polish or not at all; silently smoke
in the dim and yellowing compartments
- no way to ask: Is this the place?
Is this? Is this?
(three different stations
called Krosno - which?)
or quiet the fear that I'm disappearing
into this landscape, might not reappear.
In every direction now: colorless fields
cut down to stubble, sharp with frost
and here and there a patch of blackened snow,
a smudge of oily smoke - a fire blazing,
sudden gold against the sky's deep empty blue
(What are they burning? Where do they live?)
- no town or village, barn or shelter,
human dwelling; place to rest.
And then I see her, with her dark brood,
moving swiftly down the tracks:
a woman walking, bundle slung
across one shoulder (bright rags, sticks)
and (count them) children - five or six-
a flock of blackbirds, following.
I look up just in time to catch her eye;
she catches mine - we catch each other
vanishing: the train all iron and spark and speed;
her long skirt dragging in the mud. I press
my palm against the cool glass,
thinking: how, where will we sleep?
"Poemat cygański"

"Chodzę tam, gdzie lubię
i gdzie jestem lubiana
w śnieg

Chodzę tam, gdzie lubię
i gdzie jestem lubiana
bez myśli
o obowiązku lub współczuciu."
                            - H.D.

Zmierzch: poruszam się na wschód
w kierunku Krosna, jadąc na południe
do rogu mapy
gdzie stykają się Polska, Ukraina, Słowacja -
górna krzywizna sierpu księżyca
najbardziej na północ wysuniętych Karpat.
Łemkowie, Wałachowie - koczownicy -
postępowali po tej krzywiźnie sierpu, przekraczając
szczyty z Rumunii, nigdy nie schodząc
do dolin - plemiona o złej sławie.
Samotna w pociągu w drodze do przyjaciół
którzy napisali: może będziemy mogli znaleźć
wioskę twojej babki; może ona tu jest.
Przesuń stare granice, przesuń kilka liter
w nazwie miasta pamiętał jeden z braci dziadka -
ale dlaczego miałabyś tam jechać?
Przyciskam twarz do szyby spoglądając
wstech (aby zobaczyć gdzie byliśmy);
stacje, które mijamy, stają się
wraz z jazdą coraz mniej stacjami:
szary beton ustępuje chatom
obok torów, dalej zachwaszczone pole
dalej zwykły zardzewiały znak, i ławka -
Czy w ciemności będę wiedziała, gdzie wysiąść
z pociągu? Skąd będę wiedziała, gdzie jestem?

Osiem godzin z Warszawy cuchnących korytarzy
przy zimnym wietrze, moczu i pisku kół.
Młodzi żołnierze, pijani, słaniają się ramię w ramię
w wąskich przejściach, chwieją
w rytm pociągu, podnosząc głosy
w bezwstydnej pieśni - ale o czym oni śpiewają?
Gdzie teraz jesteśmy?
Brak wspólnego języka: inni pasażerowie
(jest ich coraz mniej wraz z jazdą) mamroczą
po polsku albo i wcale; milcząco palą
w przeciemnionych i pożółkłych przedziałach
- Jak mam zapytać: Czy to już to miejsce?
Czy tak? Czy tak? (trzy różne stacje
o nazwie Krosno - która to?)
lub stłumić obawę, że znikam
w ten krajobraz, i mogę nie pojawić się znowu.
Teraz we wszystkich kierunkach bezbarwne pola,
ścierniska po ścięciu, ostre of mrozu
a tu i tam łata poczerniałego śniegu,
plama oleistego dymu - buchający ogień,
nagłe złoto naprzeciw głębokiego pustego błękitu nieba
Co oni palą? Gdzie oni mieszkają?
- żadnego miasta ani wioski, stodoły lub wiaty,
ludzkiego domostwa, miejsca do spoczynku.
I wtedy ją widzę, z czarnowłosym stadkiem,
poruszającą się żwawo wzdłuż torów:
idąca kobieta, worek przewieszony
przez jedno ramię (jasne szmaty, kije)
i (liczę je) dzieci - pięć lub sześć -
stadko ptaków, za nią.
Wyglądam na czas by spotkać jej wzrok;
ona spotyka mój- znajdujemy się
znikanie: pociąg - żelazo i iskry i prędkość;
jej długa sukienka wlecze się po błocie. Przyciskam
dłoń do chłodnej szyby,
myśląc: jak, gdzie będziemy spać?
"Postscard to Myself from the Lower Carpathians, Spring"

I slept in a room filled with white moths. In a wooden house in the lower Carpathians -Beskid Niski - each silvery night. I made my bed in the room's far corner, white moths settling like quiet petals on every surface as evening fell. They folded their wings and clung to the walls without a quiver as I undressed. I knew, as soon as I switched off the lamp, the air would go pale with their fluttering. I knew, in my sleep, one might light on my arm, on my cheek, in my hair, without waking me. In this room, also, the seeds of wildflowers gleaned from the meadows were spread out to dry. What I learned about gentleness then. What I learned to be gently less wary of. I want not to forget those nights in the lower Carpathians, deep spring, sleeping alone: the white moths swirling as I dreamt; the meadows baring themselves to the moon.
"Pocztówka do samej siebie z dolnych Karpat, wiosną"

Spałam w pokoju wypełnionym białymi ćmami. W drewnianym domu w dolnych Karpatach - Beskid Niski - każda noc srebrna. Posłałam sobie łóżko w najdalszym kącie domu, białe ćmy osiadały spokojnie jak płatki na wszystkich powierzchniach wraz z zapadaniem zmierzchu. Składały skrzydełka i bezszelestnie przylegały do ściany, gdy się rozbierałam. Wiedziałam, że gdy tylko zgaszę lampę, powietrze stanie się blade od ich trzepotania. Wiedziałam, ze podczas mojego snu, mogą zaświecić na moim ramieniu, na policzku lub we włosach, bez budzenia mnie. Także w tym pokoju, nasiona dzikich kwiatów zebrane z łąk były rozłożone do suszenia. Czego wtedy nauczyłam się o łagodności. Czego nauczyłam się, by łagodnie być mniej nieufną. Nie chcę zapomnieć tych nocy w dolnych Karpatach, intensywnej wiosny, samotnego spania: białe ćmy wirujące, gdy spałam; łąki rozbierające się przed księżycem.